Jaworzno III 1977
Elektrownia Jaworzno III - 1977 r.Jaworzno ma jedną kopalnię węgla. I trzy elektrownie:
„JAWORZNO I” narodziła się jeszcze w wieku pary i elektryczności, w r. 1898. Jest najstarszą elektrownią w Polsce. Zaczęła jako elektrownia kopalniana szybu „Rudolf”. Ma piękne tradycje w walce z okupantem, rosnące ambicje, kwalifikacje załogi. I 100 MW mocy. Tyle, ile potrzeba na oświetlenie 200-tysięcznego miasta.
„JAWORZNO II” to dwudziestopięciolatka. Zasłużona. Słynna na całą Polskę. Największa budowla planu 6-letniego. Gigant energetyczny tamtych czasów. Siedem bloków 50 MW — na owe czasy rzadkość. Słynna na Europę. To tu opracowano patent na otrzymywanie magnetytu z popiołów do uzdatniania węgla. Tani magnetyt zastąpił drogą, za dewizy sprowadzaną rudę szwedzką.
„JAWORZNO III”: W budowie. Będzie 1200 MW. Czwarta co do wielkości elektrownia w Polsce. Po „Turowie”, „Kozienicach”, „Dolnej Odrze”. Najmłodsza. Nowoczesna. Zatem efektywna. „Jedynka” i „dwójka” dały „trójce” sporo, m. in. słynną nazwę. Także szansę porównań. Gdyby produkcję „jedynki” i „dwójki” — 450 MW — robić na „trójce” wychodziłoby 220 tys. ton węgla rocznie mniej, a to jest 5 tys. czterdziestotonowych wagonów! Do marca przyszłego roku pracować tu będą dwa bloki, po 200 MW każdy. Obecnie trwa rozruch pierwszego.
HUK. Rosnący. Podobny do odgłosu startujących samolotów odrzutowych. Jak długo jeszcze? — denerwują się mieszkańcy Jaworzna, zatykając uszy.
Jaworzno III w kolejnej fazie rozruchu. Trwa dmuchanie kotła i rurociągu, po to, by je oczyścić.
Kocioł, ogromny jak kilkunastopiętrowa kamienica, pracuje na pełnych obrotach. Zamienia w parę, w ciągu godziny 500–600 ton wody. Oczywiście zdemineralizowanej, czyściejszej niż destylowana, kupowana w aptece. Huk, bo para nie jest w obiegu zamkniętym. Przepływa przez rurociąg, omija turbinę i wyrzucana jest za okna. Z nią pozostałości po montażu: skała spawalnicza, kawałki elektrod, śrubki. Najdrobniejsza uszkodzić by mogła turbinę.
— Już siedem razy dmuchaliśmy, po godzinie, a rurociągi ciągle brudne — przekrzykuje huk główny inżynier „trójki” Władysław Matlak.
W NASTAWNI nazwanej „mózgiem elektrowni” mnóstwo regulatorów, zegarów, wskaźników. I ludzi ze trzydziestu. Godzina 19.30.
Stoją w pogotowiu, obserwują wskaźniki. Wciskają guziki. Wychodzą. Wracają... Śpieszą się.
— W normalnych warunkach ruchu w nastawni pracuje jeden człowiek — tłumaczy szef 35-osobowej grupy rozruchowej inż. Świtała. Ale tu cały proces dmuchania trwa tylko godzinę. Wszystkie usterki naraz wychodzą. Ci ludzie to pracownicy laboratoriów: chemicznych, elektrycznych, pomiarowych, ślusarze dyżurni. Są tu po to, aby natychmiast wychwycić usterki i od ręki usunąć.
Są zmęczeni. Inż. Mazurek, prawa ręka inż. Świtały nie spał od 7.00 dnia poprzedniego. Inżynierowie Sama i Guja, a także kierownik bloku Ramski, którzy przyszli na „trójkę” z „dwójki”, też nie spali... Ale gdy roboty dużo, i nerwowo, to podobno spać się nie chce.
— Proszę spojrzeć — wkrzyczał mi do ucha inż. Guja — to jest wskaźnik ciśnienia w walczaku, a walczak to najważniejsza część kotła, gdzie następuje separacja pary z wody. Otóż gdy ciśnienie w walczaku osiągnie 50 atmosfer będzie ciekawie.
Istotnie. Huk uchodzącej rurami pary zagłuszył wkrótce wszystko.
CICHO było dotąd. Do roku 1974, gdy budowę rozpoczęto. Działo się mało. Po pierwsze dlatego, że dostawy urządzeń spóźniały się. Co najgorsze spóźniły się już do montażu pierwszego bloku. Po drugie: ludzi było zbyt mało. Gdy bowiem w Kozienicach pracowało 5 tys., w Dolnej Odrze 3,5 tys., to na budowie „trójki” jest w tej chwili raptem 1,8 tys. Po trzecie: prawie wszystkie urządzenia są tu prototypowe.
— Owszem — przyznaje dyrektor Marian Walkiewicz — kotły i turbiny 200 MW są w energetyce znane, ale... kocioł dla każdego rodzaju węgla musi być inny. A węgiel jaworznicki jest niepodobny do żadnego innego węgla energetycznego w kraju. Jest najgorszy! Najwięcej ma wilgoci, zanieczyszczeń, siarki, najmniejsza jest jego wartość opałowa. Im gorszy węgiel tym więcej go potrzeba, na tym większą wydajność muszą być nastawione wszystkie urządzenia...
Najdłużej bodaj trwało uruchamianie młynów węglowych.
O 20.00, wtedy gdy ciśnienie pary w walczaku wynosi 50 atm, na dole... grupa cieśli rozbiera rusztowanie wokół tegoż walczaka. Jeszcze wczoraj pracowali na tym rusztowaniu ludzie. Dziś, z jego elementów, parędziesiąt metrów dalej, powstanie podobne rusztowanie pod walczak drugiego bloku.
— Robota ważna — mówi Eugeniusz Stanejko, brygadzista. — Kierownik zlecił nam zostać całą noc.
Pracują już od siódmej rano. Co parę dni ciągną po tyle godzin. Do pierwszej, drugiej można wytrzymać, ale o czwartej spać się chce. Życie budowlańca-montażysty trudne — mówią — zwłaszcza jesienią i zimą. Wychodzisz do pracy — ciemno. Wracasz z pracy — ciemno. Człowiek żyje ale co to za życie — wtrąca jeden z nich, ale wkrótce się rozchmurza i dodaje, że praca montażysty ciekawa. Z budowy na budowę jeździ: Turoszów, Rybnik, Łaziska, Łęg, Nowa Huta.
Szczęście montażysty? — Rodzina, dom i praca. Cóż by więcej? I przepraszają mnie, bo robota czeka. Już 21.00, a za 7–8 godzin drugi walczak może przyjść z Raciborza, z zakładów „RAFAKO”.
Wkrótce „trójka” da energetyce pierwsze 200 MW mocy.
CO DAŁA ENERGETYCE „DWÓJKA”?
— Ano dużo. Stąd przecież wyszły kadry dla całej krajowej energetyki. Inżynierowie, technicy, palacze. Wiceminister Bartoszek tu był głównym inżynierem. Dyrektor Zjednoczenia inż. Kaczmarczyk zaczynał na „dwójce”, na wydziale elektrycznym, jako mistrz zmianowy. Główny dyżurny ruchu Jerzy Modes odszedł na dyrektora do Sierszy. Kierownik oddziału kotłowego Jerzy Zborowski jest obecnie głównym inżynierem elektrowni Kozienice. Z każdym rokiem „dwójka” starzeje się i ktoś odchodzi.
— Kiedy zakłady tego typu starzeją się — mówi mi naczelny „dwójki”, dyrektor Fedas — to przechodzą sukcesywnie na ciepłownictwo. Ale na „dwójce” potrwa to jeszcze długo: 20 lat, może więcej. Brakuje nam przecież energii.
— Przechodzenie ludzi do innych elektrowni jest dobre dla całej energetyki — twierdzi inż. Zięba z „dwójki”. — Taki człowiek, który jeździ z budowy na budowę, z zakładu do zakładu, tu coś podejrzy, tam podsłucha, gdzie indziej zastosuje. Choć, co prawda to prawda, są tacy, którzy pół świata objadą, a nie zobaczą nic, a zobaczą — to nie zrozumieją.
NAJWIĘCEJ DAŁA „DWÓJKA” — „TRÓJCE”. Po kumotersku. Samej tylko kadry inżynieryjno-technicznej odeszło ze 40 osób.
— Nie robię trudności — twierdzi dyrektor Fedas. — „Trójka” potrzebuje ludzi — to raz. Ludzie potrzebują czegoś nowego — to dwa. Tam są nowe technologie. Ciekawa, inna praca. Dla wielu życiowa szansa. Proszę o przeniesienie — zgadzam się. Nie rozumiem tylko tych, którzy chcą już, natychmiast, bojąc się by im tamta ciepła posadka nie uciekła. Wtedy mówię: chwileczkę. Wyszkolimy kogoś na pana miejsce, wtedy pan odejdzie. Odchodzą jedni, inni awansują na ich miejsca.
Z „dwójki” przeszli na „trójkę” choćby Sarna, Guja i Ramski, których poznałam w nastawni w czasie puszczania pary. I Heiman — kierowca... I Hadyk od termoizolacji, których poznałam na budowie.
PORÓWNANIE „trójki” z „dwójką” jest niemożliwe — mówią. — Dziś, widzi pani — mówi Heiman, kierowca — wszędzie asfaltowe drogi dojazdowe, a wtedy, w 1951, 1955 wyboje były takie, że sztuką było jeździć żeby resorów nie połamać. 20 km/godz. Tak, tak. Jeździło się 300—400 km, dzień w dzień. 15 godzin. Starem 20. Ten Star woził wszystko. Ludzi z Bytomia, Chorzowa, Jaworzna. Materiał: rurociągi i kolana z Ligoty, tlen i acetylen z Kędzierzyna i Chorzowa.
Sprzętu prawie w ogóle nie było. Dźwigów nie było, tylko wciągarki na wielokrążki. Dwie. Pięciotonowe. Koparki nie było ani jednej. Betoniarki stare. Spychacz jeden — rozrywany oczywiście. Operatorem był żołnierz Wojska Polskiego, który przeszedł od Lenino po Berlin.
— Rozruch i eksploatacja niepodobne były do niczego co się dziś za tymi terminami kryje — wspominają palacze z „dwójki”, także Ramski, który na „dwójce” był właśnie palaczem.
— Teraz to sobie „trójka” szkoli specjalistów, przez cały rok, w nowoczesnej elektrowni w Rybniku. Nas rzucano od razu na głęboką wodę. Automatyki mało. Dziś wystarczy jeden palacz na kotle. Wtedy — każdy palacz musiał mieć kilku ludzi do pomocy. A dwóch po to tylko aby bez przerwy obserwowali wodowskazy wskazujące ilość wody w walczaku. Musiał być też odżużlacz i odpopielacz. Odpowiedzialność była ogromna, a mimo to na jedno stanowisko chętnych było dziesięciu. Teraz na „dwójce” chętnych nie ma wcale.
A z „trójką” co tu porównywać? Nie ma tu ani odżużlaczy ani odpopielaczy ani nawet palaczy. Ba, nie ma nawet maszynistów kondensacji, pomp zasilających, wyparek i turbin. Są tylko obchodowi.
— To nieporównywalne — usłyszę w nastawni. — Mamy pełną automatykę. Wciska człowiek guzik i uruchamia cały blok: kocioł, generator, turbinę. Sekwencyjne sterowanie. Najnowocześniejsze.
— Ale nudne — protestuję.
— Skądże. Tak jak w brydżu: ta sama ilość kart, te same odzywki, a jednak ciągle coś innego. Trzeba być chemikiem, elektrykiem i mechanikiem zarazem aby odczytać ze wskaźników rodzaj awarii i wiedzieć kogo do niej wezwać.
Za chwilę kolejne dmuchanie. I huk. „Im większy huk, tym większe uznanie” — mawia dyrektor Pyrek. Słusznie. Na ostatnim dmuchaniu była delegacja ze zjednoczenia. Na kolejnym będzie zapewne z ministerstwa.
* * *
20 GRUDNIA. Pierwszy blok podłączony do sieci. Na razie 105 MW. Do końca roku będzie 200. Każda chwila zbliża do uruchomienia drugiego bloku. W połowie lutego rozpocznie się kompleksowy rozruch. Rok 1977 ma być rokiem bogatym w wydarzenia. Plan przewiduje bowiem uruchomienie trzech bloków. Huk ulatującej do atmosfery pary powtórzy się kilkadziesiąt razy.
1200 MW to moc docelowa elektrowni Jaworzno III. 1290 MW wystarczy na zasilenie wszystkich działających w Polsce telewizorów.
Tekst: Bożena Sawa, grudzień 1976 r. . Foto: J. Wróbel, Panorama 9 stycznia 1977 r. nr 2.
bibliografia