Garść dowcipów

miejsca Garść dowcipów z czasów wojny i okupacji niemieckiej.

1
W S T Ę P
Verba volant, scripta manent...

Zdecydowałem się na wydrukowanie, wybranej z wielu, garstki dowcipów wojennych, celem utrwalenia ich w pamięci ludzkiej.
Odegrały one już swoją rolę, a dziś przeszły do historii.
W swoim czasie krzepiły i podnosiły na duchu, zwłaszcza tych, którym tego było potrzeba, oraz wtedy, gdy były z werwą, we właściwym czasie, miejscu i otoczeniu opowiadane. Walczyły skutecznie z ponurym pesymizmem i beznadziejnością, które czasem ogarniały podatnych osobników, były lekiem, ukojeniem i tym, czym jest dobry humor dla ludzi, przechodzących nad grożącymi śmiercią przepaściami. Ułatwiały to przejście i przetrwanie! Świadczą także chlubnie o narodzie, który, torturowany w nieludzki sposób przez tyle lat, na taką odporność i nawet wesołość zdobywać się potrafił.
Kto jest ich autorem?
Do niektórych mogę się przyznać ja sam, tym bardziej, że się i tak nie podpisuję pełnym nazwiskiem. Inne są różnych bezimiennych autorów i z wiatrem skądś przyleciały. Zresztą o to mniejsza — dziś mają wszyscy
pełne zadośćuczynienie. I ci co tworzyli i ci co podawali dalej. 
Z.K.


Jednym z pierwszych dowcipów, jakie pamiętam, była odpowiedź na pytanie: „Dlaczego Hitler przetrząsa synagogi i czego tam szuka?”. Odpowiedź brzmi: „Szuka laski Mojżesza, przy pomocy której mógłby przejść suchą nogą przez kanał La Manche”.

Szczególnie znienawidzona w czasie niemieckiej okupacji była prasa „gadzinowa”, a zwłaszcza krakowski „Goniec”, zwany także „Szmatławcem” – główne w Krakowie narzędzie hitlerowskiej propagandy. Ktoś postawił sobie za punkt honoru spłatanie tej gazecie złośliwego figla, co dzięki głupocie redakcji w pełni się powiodło.

Pewnego poranka Polacy ze zdumieniem i wielką wewnętrzną satysfakcją przeczytali w dziale anonsów ogłoszenie następującej treści:

„Garbuję skóry dzikich zwierząt – specjalność: uberallesy. Władysław Sikorski, Krakau, Veit-Stoß-Straße 36”.

Widocznie przy przyjmowaniu ogłoszenia nikt nie zastanowił się głębiej ani nad tym, co to za gatunek skór te „überallesy” (nawiązanie do Deutschland, Deutschland über alles), ani nad tym, że ogłoszeniodawca ma na imię tak samo jak Naczelny Wódz – Władysław Sikorski!


U papieża z wizytą – co zresztą mało prawdopodobne – przebywają Hitler, Churchill i Mussolini. Przechadzają się po ogrodach watykańskich. W pewnej chwili pada pytanie skierowane do papieża: „Kto wygra wojnę?”. Ojciec Święty zatrzymał się przy sadzawce, obok której właśnie przechodzili, i wskazując ręką na pływającą w niej złotą rybkę, odpowiedział: – Wojnę wygra ten, kto tę rybkę złapie w dłonie.
Pierwszy rzucił się do wody wysportowany, lecz dość już zażywny Mussolini. Nadaremnie uganiał się i pływał w pogoni za zwinnym stworzeniem. Wyszedł z wody zasapany, zawstydzony i z pustymi rękami. Teraz próbuje szczęścia Hitler. Z niezwykłą furią goni rybkę, dąsa się, wścieka, wreszcie niemal chwyta łup... jednak gdy tylko dopływa do brzegu, zdobycz w ostatniej chwili wymyka mu się z rąk!
Tymczasem Churchill stoi na brzegu z ironicznym uśmiechem i spokojnie pali cygaro. Gdy zrozpaczony Hitler ląduje na suchym lądzie, Churchill przywołuje przechodzącego opodal księdza i prosi o przyniesienie szklanki. Skoro jego życzeniu stało się zadość, mówi do księdza: – Proszę tą szklanką powoli wybierać wodę z sadzawki. Mi potrzebna jest ta złota rybka – a ja mam czas, poczekam.

Skrót
N.S.D.A.P. tłumaczono wówczas: Nasi Są Daleko, Ale Przyjdą.

Hitler, Göring i Goebbels zastanawiają się, co by się z nimi stało, gdyby Niemcy przegrali wojnę. – Ja mam wprawę w pisaniu artykułów propagandowych – mówi Goebbels – wyjadę do Ameryki i tam zatrudnię się w prasie. – Ja dostanę posadę pilota na jakiejkolwiek linii pasażerskiej, bo umiem prowadzić samoloty – oświadcza Göring. – Ale ty, Adolfie, co będziesz robił? – Ja będę malował i zostanę w ojczyźnie – odpowiada spokojnie Hitler. – Nic mi się nie stanie, jestem przecież Austriakiem!


Na gruzach kamienicy w Berlinie siedzi Niemiec, czyta książkę i co chwilę wybucha śmiechem. Przechodzi obok drugi Niemiec i gromi go: – Jak możesz się śmiać, siedząc wśród ruin naszej stolicy? Może już całkiem z rozpaczy zwariowałeś? – Nie – odpowiada czytelnik. – Mam w rękach „Mein Kampf” i właśnie przeczytałem słowa napisane dziesięć lat temu: „Dajcie mi dziesięć lat, a nie poznacie niemieckich miast!”.


Szereg dowcipów zrodził się także w odniesieniu do pomników. Zarozumiały Hitler, uważający się za większego od wszystkich „królów ducha”, stanął raz przed pomnikiem Mickiewicza. Przypatrzył mu się, po czym kazał poecie zejść z cokołu, by samemu zająć jego miejsce. Befehl to befehl! Wieszcz musiał usłuchać i zszedł. Na jego miejscu stanął Hitler w uroczystej pozie. Nagle stojący u jego stóp Mickiewicz zaczyna się śmiać. – Z czego się śmiejesz? – pyta srogo Hitler. – Z napisu pod pomnikiem – odpowiada poeta. – A co tam jest napisane? – „Twórcy Dziadów – wdzięczny naród”.


Hitler incognito pyta wróżkę o swoją przyszłość. Ta bierze go za szofera (Wagenführera) i prorokuje: „Twój wóz ulegnie katastrofie, oś ci się złamie i odbiorą ci dyplom Führera oraz prawo jazdy”.


Mówiono, że istnieją dwa sposoby na wyzwolenie Polaków z łap niemieckich: jeden naturalny, a drugi nadprzyrodzony. Sposób naturalny – to gdy aniołowie z mieczami ognistymi zlecą z nieba nam z pomocą. Sposób nadprzyrodzony – gdy zrobią to alianci.

Na duchu jednak nie upadano i mawiano: „Przetrzymaliśmy trzy zimy, przetrzymamy i czwartą, a z nią i «nową Europę» wraz z jej budowniczym”. Jak mówiła popularna piosenka: „Przegra wojnę głupi malarz”.


Spotyka się dwóch znajomych. Jeden z Generalnego Gubernatorstwa, drugi z Rzeszy. – Bardzo u nas kradną – mówi ten z Guberni. – Zostawiłem na mgnienie oka walizkę w poczekalni na dworcu, żeby kupić papierosa. Wracam – walizki już nie ma! – U nas w Rzeszy jest jeszcze gorzej – odpowiada drugi. – Ja także zostawiłem na chwilę walizkę na dworcu, by kupić papierosy w sąsiedniej uliczce. Wracam, a tu nie ma już nie tylko walizki, ale nawet... dworca!


Dwóch Niemców z prowincjonalnego miasteczka umawia się na wieści. Jeden z nich wyjeżdża do Berlina, a drugi chce wiedzieć, jak stolica wygląda po nalotach. Ponieważ nie wolno o tym pisać otwarcie, ustalają szyfr: jeśli list będzie napisany czarnym atramentem – wszystko jest prawdą; jeśli zielonym – należy to rozumieć odwrotnie.
Po kilku dniach przychodzi list napisany w całości czarnym atramentem. Treść jest niezwykle optymistyczna: „Wiadomości o zniszczeniu stolicy są mocno przesadzone. Nasza ulica stoi w całości, kamienica też. Ruch prawie normalny. Aeroplany alianckie latają rzadko, a bomby padają małe i nieszkodliwe”.
Adresat odetchnął z ulgą, ale na końcu zauważył postscriptum: „Piszę tylko czarnym atramentem, bo zielonego nie mogłem dostać w całym Berlinie!”.

Druk: Drukarnia w Jaworznie p. z. p. — M-20588, Autor opisów: Z.K.

bibliografia